Zatwardziałość serca

Pierwsze czytanie, które dzisiaj usłyszymy podczas liturgii mówi o zatwardziałości ludzkiego serca. Sam termin wydaje się być bardzo niedzisiejszy, ale jest w istocie niezwykle aktualny, obecny w wielu sercach. Zatwardziałość serca można rozumieć jako bycie bezdusznym i nieczułym, ale chyba najlepiej definiuje ją słowo nieugięty. Człowiek, który ma zatwardziałe serce, po prostu nie szuka współpracy – ani z ludźmi, ani z Bogiem. Nie dąży do porozumienia, jest z innymi w wiecznym konflikcie i nie jest zdolny do żadnego dialogu. Raczej wiecznie szuka zaczepki i okazji do tego, żeby wykładać swoje racje, nawet jeśli cały świat by się z nimi nie zgadzał. Taki człowiek żyje we własnym świecie, nie dopuszczając do swych uszu i do serca głosu Boga i innych ludzi. Człowiek, który trwa w zatwardziałości serca jest zamknięty w sobie, nie potrzebuje Pana Boga, nie jest skłonny do nawrócenia. Czasami taki stan może trwać całymi latami. Nie pomagają prośby ani nalegania, ani serdeczne zachęty. Człowiek zatwardziały raczej utrwala (utwierdza) się w swojej nieugiętej zatwardziałości, szuka winnych poza sobą, zamyka się na dobrą radę i odgradza się coraz bardziej od Boga. Choć z historii znamy wiele przypadków, które pokazują, że także ludzka zatwardziałość potrafi mieć swoje granice. Mam na myśli osoby, które w pewnej chwili, z jakiegoś Bogu znanego powodu przeżyły swoje głębokie nawrócenie i stały się świętymi. Najczęściej stało się tak dzięki wytrwałej modlitwie Kościoła i ich bliskich. [prob.] 

Pierwsze czytanie, które dzisiaj usłyszymy podczas liturgii mówi o zatwardziałości ludzkiego serca. Sam termin wydaje się być bardzo niedzisiejszy, ale jest w istocie niezwykle aktualny, obecny w wielu sercach. Zatwardziałość serca można rozumieć jako bycie bezdusznym i nieczułym, ale chyba najlepiej definiuje ją słowo nieugięty. Człowiek, który ma zatwardziałe serce, po prostu nie szuka współpracy – ani z ludźmi, ani z Bogiem. Nie dąży do porozumienia, jest z innymi w wiecznym konflikcie i nie jest zdolny do żadnego dialogu. Raczej wiecznie szuka zaczepki i okazji do tego, żeby wykładać swoje racje, nawet jeśli cały świat by się z nimi nie zgadzał. Taki człowiek żyje we własnym świecie, nie dopuszczając do swych uszu i do serca głosu Boga i innych ludzi. Człowiek, który trwa w zatwardziałości serca jest zamknięty w sobie, nie potrzebuje Pana Boga, nie jest skłonny do nawrócenia. Czasami taki stan może trwać całymi latami. Nie pomagają prośby ani nalegania, ani serdeczne zachęty. Człowiek zatwardziały raczej utrwala (utwierdza) się w swojej nieugiętej zatwardziałości, szuka winnych poza sobą, zamyka się na dobrą radę i odgradza się coraz bardziej od Boga. Choć z historii znamy wiele przypadków, które pokazują, że także ludzka zatwardziałość potrafi mieć swoje granice. Mam na myśli osoby, które w pewnej chwili, z jakiegoś Bogu znanego powodu przeżyły swoje głębokie nawrócenie i stały się świętymi. Najczęściej stało się tak dzięki wytrwałej modlitwie Kościoła i ich bliskich. [prob.] 




Rozmowa z Bogiem… przy studni

Na chybił trafił o dzisiejszej Ewangelii można powiedzieć, że jest to rozmowa Samarytanki z Bogiem. Choć na modlitwie zwykle to my prosimy o coś Pana Boga, tu jest inaczej, tu Jezus zwraca się do kobiety: Daj mi pić. To Bóg prosi człowieka. Bóg, który sam jest źródłem, prosi człowieka o wodę. Cała ta rozmowa kobiety z Panem Jezusem, człowieka z Bogiem, prowadzi do wyświetlenia samej istoty relacji miedzy Bogiem i człowiekiem. Modląc się postępujemy tak jakbyśmy odkręcali kran z wodą, i go zakręcali. Potrzebujemy czegoś, więc zwracamy się do Niego (odkręcamy kran). Potem już radzimy sobie jakoś sami. Pan Jezus mówi do Samarytanki: Woda, którą Ja dam, stanie się w nim źródłem tryskającym ku życiu wiecznemu. Moglibyśmy te słowa odnieść do wody chrztu świętego, która kiedyś na nas spłynęła. Źródło chrztu świętego jest dla chrześcijanina nie tylko chwilowym świętem rodzinnym, ale jest źródłem tryskającym ku życiu wiecznemu. To źródło, do którego mamy dostęp przez wiarę w Pana Jezusa, jest źródłem, które nigdy się nie wyczerpuje. Tym bardziej, że wielu z nas czerpie z tego źródła raczej sporadycznie. Pan Jezus mówi do Samarytanki: O, gdybyś znała dar Boży i wiedziała, kim jest Ten, kto ci mówi: „Daj Mi się napić”, to prosiłabyś Go, a dałby ci wody żywej». Codziennie poruszamy się i jesteśmy w bliskości tego źródła, którym jest moc Boża. Pan Jezus, który mówi: Daj mi pić, zwraca uwagę na siebie samego, który potrafi zaspokoić wszelkie nasze dobre pragnienia. [prob.]




Panie, dobrze, że tu jesteśmy

W naszym życiu na pewno były takie chwile, takie miejsca i okoliczności, które wywołały w nas ogrom zadowolenia, a nawet szczęścia. Może był to udany wyjazd, cudowne widoki, których na co dzień raczej nie mamy, a może dobre, przyjacielskie towarzystwo, poczucie beztroski. I wtedy pojawiło się w nas pragnienie, że dobrze by było tu pozostać na dłużej. Albo przynajmniej jeszcze kiedyś tu wrócić. Choć ostatecznie myśl o konieczności powrotu do domu, do swoich codziennych obowiązków, nie zawsze łatwych, sielankowych, jakoś w nas zwyciężyła i przekonała do powrotu. Doświadczenie uczniów opisane w Ewangelii musiało posiadać w sobie coś niezwykłego, niepowtarzalnego. Coś, co w sercu Piotra obudziło prośbę, którą skierował w stronę Pana Jezusa: Panie, dobrze, że tu jesteśmy. Jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Piotr był pragmatykiem, człowiekiem konkretnym. Tam gdzie czuł się dobrze był gotów natychmiast stawiać osiedle mieszkaniowe. To uniesienie miało jednak zupełnie inny cel.

Przemiana Pana Jezusa na Górze Tabor miała na celu nie tyle objawienie cudownego miejsca jakim jest owa Góra, do dzisiaj, ale miała na celu objawienie cudownej osoby, czyli Chrystusa: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie! Wszędzie tam gdzie doświadczamy bliskości Pana Boga świat jest piękny. Kiedy Chrystus przybliża się do nas i objawia nam swoją bliskość, wtedy wszystko jest inne. To On daje nam nowe oczy. [prob.] 




IDŹ PRECZ, SZATANIE!    

Może nas zastanawiać, dlaczego Pan Jezus pozwolił się wyprowadzić na pustynię, by tam być kuszonym przez diabła. Dlaczego pozwolił, by diabeł dalej prowadził Go do Miasta Świętego, i tam postawił na szczycie narożnika świątyni. Wreszcie, dlaczego wziął Jezusa na wysoką górę. Przecież często słyszymy, że z diabłem po prostu nie wolno dyskutować. Nie są to łatwe pytania, ale jeśli tak się stało, to zapewne dlatego, by nam pokazać, że również On, jako człowiek podlegał kuszeniu przez diabła. Chrystus chciał przede wszystkim pokazać, że diabeł istnieje, a więc nie jest kimś urojonym ani zmyślonym. Zresztą, to nie jedyny raz, kiedy dochodzi do konfrontacji między Panem Jezusem i diabłem. Chrystus dobrze wiedział, kim jest kusiciel. Ale, co ciekawe i ważne, również diabeł wiedział, kim jest On – Chrystus. Diabeł wiedział nawet, że Chrystus jest jego zgubą. Na pewnym miejscu mówi wręcz: Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kim jesteś, Święty Boży. I to nam pokazuje dzisiejsza Ewangelia, że diabeł istnieje, i to, że Pan Jezus zwyciężył piekło, śmierć i szatana. O tym będziemy za kilka tygodni śpiewać. A tymczasem Chrystus uczy nas, jak radzić sobie z szatanem w różnych sytuacjach życia. Diabeł wykorzystuje każdą dogodną sytuację, by nas zwodzić i okłamywać. I nie kusi tych, których już udało mu się zdobyć, kusi przede wszystkim tych, którzy są najbliżej Boga. Sam Chrystus przecież był najbliżej Boga Ojca, jako Jego umiłowany Syn. Idź precz szatanie – niech te słowa Chrystusa będą dla nas jak modlitwa. [prob.]




Wcale nie przysięgajcie

Kiedy ostatni raz przysięgałem? Może tego nie pamiętam, bo nie mam takiego zwyczaju. Może ostatni raz przysięgałeś swojej małżonce gdy staliście przed ołtarzem na ślubnym kobiercu. Tak, bo przysięga małżeńska jest przysięgą w pełnym tego słowa znaczeniu. Świadkiem tej przysięgi jest sam Bóg w osobie kapłana, świadkowie, ale także zgromadzeni w kościele ludzie. Stąd uroczyste słowa, które wieńczą przysięgę małżeńską: Tak mi dopomóż Panie, Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i wszyscy święci. Ta obecność duchowych i realnych świadków jest niezwykle ważna. Przysięga jest aktem uroczystym, ekskluzywnym, nie powinna być nadużywana. Właściwie jest doniosłym aktem uczczenia całej Trójcy Świętej. Wzywając Bożego imienia powołujemy Boga nie tylko na biernego świadka, ale też jako Tego, który pomoże człowiekowi dotrzymać wypowiadanych słów. Niestety dzisiaj dość często dochodzi do łamania przysięgi. To zaś powoduje, że ludzie boją się wchodzić w trwałe związki. Inną rzeczą jest nadużywanie przysięgania, często w błahych sprawach. Spotykamy ludzi, którzy przy dowolnej okazji gotowi są mówić: Mogę ci przysięgnąć, albo: Jak Boga kocham. Często tego typu zachowania pokazują, że dana osoba ma problemy z mówieniem prawdy. Dlatego też dzisiaj Pan Jezus mówi: Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi. Ciężkim grzechem jest krzywoprzysięstwo, gdy człowiek wzywa imienia Bożego, a więc pod przysięgą składa fałszywe zeznania. [prob.]




Wy jesteście solą… światłem świata

Pewnego razu dziecko zapytało katechetę, dlaczego chrześcijanin ma być solą. Czy nie lepiej, by był miodem, cukrem albo przynajmniej słodzikiem. Wtedy katecheta zaczął wyjaśniać jakie są właściwości soli i jak niebezpieczny potrafi być cukier, a nawet miód. Jak wielkie szkody zdrowotne ponosi organizm z powodu nadużywania cukru pod różną postacią. Tymczasem funkcja soli jest wieloraka. Bez soli człowiek czuje się źle, może nawet umrzeć. W dawnych czasach sól była droższa od złota. Sprowadzano ją z odległych krajów. Co ciekawe soli nie używamy całymi workami, mówimy raczej o szczypcie soli, którą dodajemy do różnych potraw. I choć jest to tylko szczypta, to jednak bez niej wszystko smakuje inaczej, a raczej nie smakuje tak dobrze. Sól ma tysiące zastosowań. Sól ma właściwości konserwujące, w medycynie stosuje się ją od odkażania ran. Jest jednak jeden warunek jej skuteczności: nie powinna być zwietrzała. Wszystko to odnosi się do wiary chrześcijanina, która powinna być zdecydowana i wyrazista. Jeśli taka nie jest, na nic się nie zda. Podobne znaczenie ma światło. Ono pokazuje drogę i cel. Światło pomaga odróżniać barwy, pomaga widzieć rzeczywistość taką jaka jest, w całym jej pięknie, ale i brzydocie. W ciemności nocy budzą się lęki i upiorne myśli, które nie pozwalają zasnąć. Czekamy na światło. W blasku światła wszystko wygląda inaczej. Pan Jezus jest światłością świata. Z tego światła rodzi się nadzieja życia i pragnienie bycia coraz lepszym. [prob.]




Przypatrzcie się powołaniu waszemu!

Powołanie zwykliśmy łączyć z kapłaństwem albo życiem zakonnym. Tymczasem każdy człowiek jest powołany przez Boga do istnienia i do pełnienia Jego woli w konkretnych realiach życia. Są powołani do bycia zakonnikiem, kapłanem, do bycia matką czy ojcem, małżonkiem albo samotnym, bo to też jest powołanie. Mówimy: lekarz z powołania, nauczyciel z powołania, kapłan z powołania. Ale słyszymy też: to jest wyrodna matka, ten ojciec jest tyranem dla swoich dzieci, dla swojej małżonki. Trzeba powiedzieć, że częściej i łatwiej oceniamy powołania innych. Jesteśmy surowi wobec innych. Rodzice mnożą roszczenia wobec nauczycieli, nasze roszczenia wobec innych są często prostackie i obelżywe. Praca nauczyciela jest dzisiaj bardzo trudna. Z czego wynikają te bezpardonowe roszczenia względem innych. Chyba z tego, że zapomnieliśmy o własnych zobowiązaniach. Rodzic, który jest świadomy doniosłości swego powołania nigdy nie będzie niszczyć wizerunku nauczyciela, ale będzie go mądrze wspierać. Tylko ten, kto zapomniał o zobowiązaniach jakie ciążą na nim samym, będzie przerzucać winę i ciężary na innych. Dlatego dzisiaj św. Paweł Apostoł zachęca do przypatrzenia się powołaniu własnemu. Jakim jestem ojcem, matką, lekarzem, nauczycielem? Każdy z nas jest jakoś niezastąpiony w swym powołaniu. I to jest jego wielkość, bo sam Bóg powierzył nam takie czy inne zadanie życiowe, z którego trzeba się przed Bogiem rozliczyć, ale najpierw Mu podziękować. [prob.] 




Lud w ciemności, ujrzał światło wielkie

Ostatnie dni choć mroźne są bardzo piękne, bardzo jasne, pełne słońca. Ewangelia mówi dzisiaj o Chrystusie, który jest światłością świata. Jezus nie leży już w żłóbku. Widzimy Go obchodzącego krainy Ziemi Świętej, nauczającego, uzdrawiającego, wyrzucającego złe duchy. Ewangelista obserwując to wszystko, co dzieje się wokół osoby Chrystusa, zauważa: Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie. A tym światłem jest Chrystus, Syn Boży, pośród ludzi. Spróbujmy wyobrazić sobie świat bez Chrystusa, bez Jego Ewangelii, jego nauczania, i tego wszystkiego, co wiąże się bezpośrednio lub pośrednio z osobą Pana Jezusa. Ktoś powie, i niby co? Dzisiaj możemy wskazać wiele obszarów geograficznych, politycznych, gdzie Chrystus jakby nie istnieje. A nawet na tych obszarach gdzie istniało lub nadal istnieje chrześcijaństwo wiele wskazuje na to, jakby Chrystusa tam nigdy nie było. Jednak wszystko to bynajmniej nie stanowi dowodu, że Chrystus nie jest światłością świata. Wręcz przeciwnie, całe obszary ziemskiego globu pogrążone w ciemnościach wojen, kłamliwej propagandy, ludzkiej biedy spowodowanej niesprawiedliwością, pokazują jak bardzo brakuje światu tego światła, które pochodzi od Jezusa. Chrystus jest naszym światłem. Ujrzeliśmy to światło oczami duszy gdy zostaliśmy ochrzczeni. Gdy kapłan odpalał światło od paschału, powiedział: Światło Chrystusa. To światło towarzyszy nam od początku życia, i nigdy nie zgaśnie. Postępujmy w światłości Chrystusa. [prob.]




Ja Go przedtem nie znałem

W dzisiejszej Ewangelii św. Jan Chrzciciel aż dwukrotnie mówi o Chrystusie: Ja Go przedtem nie znałem. Poprzednik Chrystusa przyznaje się do wcześniejszej nieznajomości Tego, którego potem ochrzci w wodach Jordanu, by wszyscy usłyszeli o Nim, że to jest Syn umiłowany Boga Ojca. Poznanie Chrystusa, odkrywanie Jego prawdziwego oblicza często potrzebuje czasu. Św. Paweł jeszcze jako Szaweł z Tarsu najpierw był zajadłym prześladowcą Pana Jezusa. Prześladował Jego wyznawców. Dopiero wtedy, gdy pod Damaszkiem objawił mu się Chrystus rozpoczął nową drogę, drogę Apostoła. W całej historii chrześcijaństwa takich przypadków było wiele. Czasami jest i tak, że ktoś znając Chrystusa porzuca tę znajomość, dla niewiary lub innej wiary czy ideologii. Nasze poznanie Pana Jezusa także ma swoją historię, zawsze bardzo osobistą. Czasami mówimy: kiedyś byłem bardziej pobożny, pobożna, kiedyś miałem więcej czasu dla Pana Boga, łatwiej zaglądałem do kościoła, czy to na adorację, czy Mszę św. Teraz jest gorzej, człowiek zabiegany, mnóstwo spraw, a nawet lekkie zagubienie. Wszystko to sprawia, że owszem, nadal wierzę, ale jakby trochę zdalnie. Wspomniany wyżej św. Paweł, gdy już poznał Chrystusa, napisze: Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk. Potem napisze do swoich współwyznawców, i do nas: A modlę się o to, aby miłość wasza doskonaliła się coraz bardziej i bardziej w głębszym poznaniu i wszelkim wyczuciu. Nie ustawajmy w poznawaniu Tego, którego  poznaliśmy – Chrystusa. [prob.] 




To jest mój Syn umiłowany

Człowiek rodzi się, potem otwiera oczy. Opuszczenie matczynego łona, narodziny, to szok. Ale potem, powoli dziecko otwiera oczy i widzi piękną twarz mamy, czuje dotyk jej rąk, smak jej pocałunku, spotyka spojrzenie taty i moc jego rąk, które potrafią ocalić od wszelkiego zła. Chrzest to otwarcie oczu na Pana Boga. Dziecko matki i ojca staje się dzieckiem Bożym. W spojrzeniu mamy, w czułości taty dziecko uczy się doświadczać miłości Boga Ojca, jeszcze o tym nie wiedząc. Proste gesty ojca i matki mają moc sakramentalną, stają się znakiem widzialnym niewidzialnej miłości i czułości Boga, naszego Ojca. Dziecko uczy się Boga. Rodzice przynoszą dziecko do chrztu świętego, by wszystkim swoim gestom  nadać moc nadprzyrodzoną. Proszą Kościół o chrzest, by ich dziecko, by swoje dziecko uczynić dzieckiem Bożym. W ten sposób dziecko, które wszystko odziedziczy od swoich rodziców, stanie się też dziedzicem tego wszystkiego, co człowiek może otrzymać od Boga. Wszystkiego. Chwała rodzicom, którzy tak właśnie przeżywają swoje powołanie do rodzicielstwa. Bo to oni dają życie swojemu dziecku i to oni rodzą swoje dziecko do życia Bożego. Dziecko kochane przez swoich rodziców w ten sposób poznaje, że jest również umiłowanym dzieckiem dobrego Boga Ojca. Dzisiaj, gdy dziękujemy za tę wielką łaskę bycia dziećmi Bożymi, prośmy za tymi dziećmi, które jeszcze nie dostąpiły tego szczęścia, których rodzice odsuwają ten dzień w ryzykowną nieskończoność. [prob.]